logo
Historyczne seriale #1 – The Last Kingdom Historyczne seriale #1 – The Last Kingdom

11 Cze 2016

Siedzę sobie w zabytkowym budyneczku, w którym podobno nocował sam Marszałek Piłsudski, i dumam dlaczego temu serialowi nie udało się zostać historyczną „Grą o Tron”. Nie zdobył setek tysięcy wiernych fanów, nie podbił wszystkich możliwych zagranicznych rynków. A powinien.

 

To nie będzie wpis z cyklu „Jak naprawdę żyli Wikingowie i dlaczego nie tak, jak tu przedstawiono”. Nie jestem specem od wczesnego średniowiecza, żeby się nad tym rozwodzić. Wspomnę tylko, że nie spodziewam się dokładności po takich produkcjach. Poza tym, główny bohater nosi miecz przewieszony przez plecy, niczym Rzeźnik z Blaviken… Tyle w temacie. Serial jest jednak dobry. Rzekłbym, bardzo dobry.

 

Pierwsze odcinki nie nastrajają optymistycznie. Miejscami są po prostu nudne. W połowie sezonu nie da się już jednak od niego oderwać. Akcja goni akcję, a fabuła stopniowo się zagęszcza. Dużym plusem są wyraziście zarysowane postaci. Ich rysy psychologiczne są dość złożone, a motywacje nadzwyczaj zmienne. To jeden z tych seriali, w których dzisiejszy sojusznik łatwo staje się jutrzejszym wrogiem. Jest za to częściowo odpowiedzialny sam protagonista, Uhtred Bezbożny, syn Uhtreda z Bebbanburgu, który goni za utraconą ojcowizną wikłając się w sieć złożonych relacji. Również jego zmienni sojusznicy przechodzą kolejne przemiany zmieniając się na lepsze lub na gorsze. Mimo czytelnej linii fabularnej serial nie jest wcale jednowątkowy. Historia po prostu się klei – ma sens i wewnętrzną logikę, która staje się jednak widoczna dopiero pod koniec sezonu. Zapewne jest w tym sporo zasługi Bernarda Cornwella, na którego cyklu książkowym bazuje historia „Ostatniego Królestwa”.

 

Teoretycznie ten serial był skazany na sukces. Ma wszystkie niezbędne komponenty – polityczne intrygi, tragicznego, mierzącego się z losem bohatera, nagłe zwroty akcji, tryskające na ekranie fontanny krwi i odważne sceny łóżkowe. Co jest zatem powodem zmniejszonego zainteresowania tą realizacją? Przede wszystkim wygryźli go osławieni „Wikingowie”. Oba seriale mają podobny klimat, historyczne realia i fabularny sznyt. Miejscami są wręcz bliźniacze. Różnią się jednak jednym istotnym czynnikiem – ulokowaniem akcji po określonej stronie cywilizacyjnego konfliktu. Kochamy Wikingów. Uwielbiamy dzikich wojowników, którzy gwałcą, palą i topią we krwi. Ci „dobrzy kolesie” nie są już tak przekonujący. Przepadamy za szelmowskim i egoistycznym Ragnarem, który bez większych wyrzutów sumienia zamorduje każdego, kto stanie mu na drodze. Rozdarty między dwoma światami i nieustannie poszukujący własnej tożsamości Uhtred nie jest już tak kuszący. Nie bez znaczenia był też na pewno zwykły przesyt. W ostatnich latach wypuszczono tyle seriali, że tylko nielicznym udaje się osiągnąć prawdziwy sukces. Zapewne w innym czasie opowieść o utraconym Bebbanburgu lepiej by sobie poradziła.

 

Mimo to serial sprzedał się jednak całkiem nieźle. Wiadomo, że pojawi się drugi sezon, co bardzo mnie cieszy. Czekam niecierpliwie na kontynuację opowieści o wojowniku oscylującym między Wessexem a okrutnymi Normanami. A Wy?

 

Destiny is all!

 

 

Źródło ilustracji: 

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *