logo
Zamordujmy historię Zamordujmy historię

28 Cze 2015

Historia ginie. Jest brutalnie mordowana. Co gorsza, nie dajemy jej odejść w spokoju. Torturujemy ją sztucznie przeciągając jej agonię. Nie zabija jej rzekome usuwanie jej ze szkół, ani brak zainteresowania ze strony społeczeństwa. Mimo to jej puls słabnie.

 

Odkryłem w sobie pasję do stworzenia tego bloga trochę ponad rok temu. Miałem wtedy nieskrywaną przyjemność obserwować zgromadzenie najbardziej szanowanych historyków w tym kraju. No dobra, kilku Wielkich Nazwisk zabrakło, ale i tak były to obrady, jakich polska historiografia dawno nie widziała. Patrząc na plan mogłem spodziewać się prawdziwej uczty intelektualnej. Historycy klasyczni, niekonwencjonalni, metodolodzy, praktycy historii mówionej, popularyzatorzy historii – wszyscy przez kilka dni wymieniali się poglądami pod jednym dachem. Oczywiście, jak to w życiu bywa, część obrad przeszła mi koło nosa. Jednak te dyskusje, którym mogłem przyglądać się z tylnego rzędu postawiły mi wszystkie włosy na głowie.

 

Najbardziej zszokowały mnie dwie, a właściwie trzy sytuacje. Pierwszą była wypowiedź jednego z czołowych polskich historyków, który bez ogródek mówił o tym, że jedna z jego książek zakończyła całą serię wydawniczą, bo… nie przyciągnęła zainteresowania czytelników. To była krótka uwaga, niemal margines dyskusji przykryty lekką nutką anegdotycznego humoru. Przyznam szczerze, że słysząc to wcale się nie śmiałem. Zaraz, zaraz… Jeden z najbardziej uznanych w tym kraju badaczy przeszłości? On, uważany za umysł nowatorski i elastyczny? Stawiany za wzór wielu młodym badaczom? On przyznaje się do tego, że jego publikacja zdusiła liczącą wiele udanych pozycji serię? To był jednak dopiero początek…

 

Drugim ciosem była dyskusja. Kilka autorytetów (piszę to bez ironii, każdego z tamtych dyskutantów autentyczne szanuję) zasiadło przy jednym stole aby porozmawiać o kondycji historii najnowszej. Każde z dyskutantów cechował znaczący dorobek, każde nazwisko było „w branży” rozpoznawalne. Jedna z dyskutantek mówiła o szkolnej edukacji historycznej. Poruszyła też słynny i kontrowersyjny problem reformy edukacji, który był wówczas na topie. Co na to dostojne grono? Zupełnie nic. Duże ożywienie zapanowało natomiast gdy jeden z ekspertów rzucił pomysł stworzenia wielotomowej historii PRL. I cóż z tego, że sam pomysłodawca zauważył, że i tak nikt by tego nie czytał? Zbierające kurz publikacje – to jest to, co interesuje dziś historyków.

 

Wreszcie, cios nr 3: Niestety, jest to kolejna wypowiedź słynnego naukowca, którego przywołałem na początek. W panelu dotyczącym m. in. rekonstrukcji historycznej dość ironicznie wypowiedział się o swoich kolegach, którzy uprawiają „reko”. Omal nie spadłem z krzesła. Człowiek, który zanudził czytelników ma dość luźny stosunek do rekonstruktorów? A widziałeś może, Czytelniku, jak przechodnie oblężają odzianego w kamizelkę profesora, który coś opowiada? Ja widziałem. Ów profesor był na „reko” i mówił co mogą zobaczyć na stoisku…

 

My, powiernicy wiedzy o przeszłości narzucamy Klio knebel. Na siłę zmuszamy ją do milczenia, choć tak wiele chciałaby nam przekazać. Właściwie to nie tylko nam. Jak grzyby po deszczu wyrastają blogi, serwisy, fanpage i publikacje na temat dawnych dziejów. Piszą je przeważnie amatorzy, miłośnicy i ideolodzy, czasem szarlatani lub wariaci. Na listach bestsellerów nie ma jednak najczęściej profesorów i doktorów, tylko, powiedzmy, Sławomir Koper. Oczywiście, ma to swoje konsekwencje dla tego, jakie wyobrażenia o przeszłości ma nasze społeczeństwo.

 

Tak, wiem, że nie jest beznadziejnie. Tak, widzę co robi Instytut Pamięci Narodowej. Dostrzegam wiele pozytywnych zmian w środowisku akademickim w ostatnich latach, także na własnej uczelni. Wszystko pięknie, tylko dlaczego tak duża część popularyzatorów nie wywodzi się z historycznych środowisk akademickich? Czemu tak wielu w ogóle nie ma z nimi kontaktu? To, co śmiało można uznać za ogólnopolską normę jest zdecydowanie postawą bierności i ucieczki przed światem. Dlaczego tak jest? Dajcie mi kilka dni, tygodni, miesięcy…

 

To nie jest kolejny typowy blog o historii. Nie będę Wam opowiadał o tym, co działo się dawno, dawno temu, za siedmioma górami i siedmioma rzekami. A może powinienem? Puste narzekanie nie jest w moim stylu. Już to robię – lepiej, gorzej, częściej, rzadziej. Ale robię. To miejsce na nieco inną refleksję.

 

Czym jest historia, a czym pamięć? Do czego są nam potrzebne? Jak korzystamy z wiedzy o przeszłości? Jak historycy badają dzieje? Jak powinni? Jak popularyzuje się historię? Czego należy unikać, zarówno w nauce, jak i w popularyzacji? Wreszcie, czy warto robić doktorat, a jeśli już, to po co? Z tymi, a także z innymi pytaniami zmierzymy się wspólnie w kolejnych wpisach. Spodziewajcie się zatem bloga dla historycznego geeka, który chce wiedzieć „jak to wszystko działa”. Zapraszam więc do kolejnych odwiedzin.

 

 

Źródło ilustracji: Th. Rowlandson, Time and Death their Thoughts impart on Works of Learning & of Art, Polona.pl

Tagi:

3 komentarzy

  1. Chodzi oczywiście o prof. Marcina Kulę. Chodzi o jedna z jego książek dotyczących historii Brazylii, ale nie pamiętam już która to dokładnie. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *